Modele firmy Blue Max

 

Blue Max to nie istniejący już producent modeli, który swoje największe tryumfy święcił w latach 90-tych XX stulecia. Program produkcyjny tej brytyjskiej firmy obejmował repliki samolotów wojskowych z okresu I Wojny Światowej. Stąd także nazwa firmy nawiązująca do najwyższego niemieckiego odznaczenia wojskowego „Pour le Merite” potocznie zwanego właśnie Blue Maxem. Modele Blue Maxa obecnie są dostępne jedynie na rynku wtórnym, więc mój pomysł robienia in boxa takim właśnie zestawom może nieco dziwić. Zdecydowałem się jednak poświęcić im nieco uwagi.

Choćby dlatego, że modele Blue Maxa w czasach kiedy się ukazywały wywoływały przyspieszone bicie serca wśród miłośników tematyki Wielkiej Wojny, tak jak dziś wywołują je modele także nieistniejącej już firmy Wingunt Wings. W przypadku tej ostatniej mamy jednak do czynienia z dopracowanymi w każdym szczególe modelami wieloseryjnymi, w przypadku Blue Maxa były to modele wytwarzane w technologii short run. Trzeba jednak pamiętać, że do czasów współczesnych ta technologia przeszła także dużą ewolucję, czego dowodem są choćby dzisiejsze produkty takich firm jak Special Hobby czy Dora Wings. Modele z tamtych czasów wyglądają, nie bójmy się użyć tego słowa, po prostu prymitywnie. Jednak to tylko pozory, o  czym za chwilę. Program produkcyjny Blue Maxa był wtedy jednak najbardziej urozmaicony i obejmował nie tylko podstawowe typy samolotów myśliwskich ale także samoloty bombowe i rozpoznawcze w tym takie perełki jak de Havilland DH.2, Bristol F.2b Fighter, Avro-504K czy Halberstadtt CL.II, czego próżno było szukać w ofercie innych producentów. Dostępne wtedy były co prawda modele firmy Dragon, bardzo wysokiej jakości, ale w ograniczonym wyborze oraz Smer, które opracowane były w większości w czasach bardzo odległych, pochodziły głównie od włoskiej firmy Artiplast i były opracowane głównie w podziałce 1/50. Modele Eduarda i Rodena pojawiły się na rynku nieco później. Najbardziej zatem poszukiwane były modele Dragona i właśnie Blue Maxa. Modelarzy nie odstraszała bardzo wysoka wtedy cena. Sam osobiście nie miałem wtedy styczności z modelami tego producenta, moja wiedza ograniczała się do informacji wyczytanych w prasie modelarskiej z tamtego okresu (Internet też nie był tak dostępny jak dzisiaj), często Blue Maxa wspominano przy okazji pojawienia się na rynku jakiegoś nowego modelu, choćby Halberstadtta CL.II z Mirage Hobby, na zasadzie – kiedyś był Blue Max, ale drogi, trudny i ciężko dostępny. Ponieważ już wtedy w dobrym tonie było niemiłosierne krytykowanie każdego modelu polskiego producenta, także i CL.II dostał za swoje z powodu jakiejś pierdoły. Ponieważ ta tendencja utrzymuje się do chwili obecnej i niestety staje się „znakiem firmowym” polskiej społeczności modelarskiej, postanowiłem przy okazji stania się szczęśliwym posiadaczem dwóch zestawów tego producenta, przedstawić je nieco bliżej. 

 

Model: RAF SE5a
Nr kat.: (-),  numer egzemplarza: 0974
Skala: 1:48
Producent: Blue Max
Tworzywo: model wtryskowy, odlewy z „białego metalu”, profile
Malowanie: 2 x Wielka Brytania

 Zestaw do budowy modelu jednego z najbardziej znanych samolotów myśliwskich Wielkiej Wojny  został wydany w 1999 r. Blue Max to jak zaznaczyłem wcześniej producent brytyjski, jego siedziba to miejscowość Whitstable w hrabstwie Kent. Taka informacja wraz z historią samolotu jest zamieszczona na odwrocie niewielkiego, otwieranego z boku pudełka, w które zapakowano zestaw. Uwagę zwraca bardzo estetyczna szata graficzna z pięknym boxartem. Logo producenta zdobi także oznaczenie Pour le Merite, takie początki stylistyki retro. Podobne pomysły podchwyciły także inne firmy, dlatego też sporo modeli samolotów z okresu I Wojny Światowej jest właśnie wydawana w taki bardzo charakterystyczny sposób, nawiązujący do epoki prawdziwych pierwowzorów. Nie twierdzę, że Blue Max był pierwszy, ale jakiś wkład w tę dobrą praktykę, niewątpliwie miał. Z informacji zamieszczonych na pudełku wynika także, że jest to limitowana edycja kolekcjonerska i wbrew pozorom nie jest to chwyt marketingowy ale o tym później. Teraz zajrzyjmy wspólnie do wnętrza pudełka, żeby przekonać się, że nity w FW-190D z IBG Models, czy kultowe już „zapadliska” w Mustangu z Arma Hobby, to naprawdę nie jest problem dla modelarza.

Podstawowe elementy modelu są wykonane z jasnego tworzywa sztucznego, to podstawowe podzespoły bryły modelu. Druga grupa to detale modelu wykonane w technologii odlewów z tak zwanego „białego metalu”. Była to pierwsza postać modelarskich multimediów dołączanych do modeli, w czasach kiedy fototrawione blaszki i detale z żywicy dopiero się pojawiały. Obecność odlewów z „białego metalu” oznaczała dwie rzeczy, że model jest „na bogato” i że jest droższy, często znacznie droższy od innych. Tego typu patenty stosował w tych czasach między innymi Trimaster (obecny Dragon), Hasegawa oraz kilku innych producentów.

 Części polistyrenowe wykonano w technologii short run, czyli wtrysku niskociśnieniowego. Używano wtedy form z żywicy, których żywotność zwiększano poprzez pokrycie (napylenie) ich warstwą metalu, najczęściej miedzi. Forma taka wystarczała do niskonakładowej produkcji w granicach 1000 – 2000 egzemplarzy. Tu akurat mogłem coś pokręcić, bo nie jestem specjalistą od przetwórstwa tworzyw sztucznych. Niemniej jednak teraz zajmijmy się finalnym produktem uzyskanym z takiej formy, technologii, czymkolwiek by ona nie była. Czyli wypraskami. Nie mają one, jak dziś postaci ramek, ale czegoś w rodzaju gałązek, zaś technologia produkcji dawała możliwość wykonywania tylko większych elementów i to o dość prostych kształtach. Czyli skrzydła, kadłuby, usterzenie itp. Oczywiście nadlewki widoczne na tylnych częściach połówek kadłuba to nie wada, ale normalność. Wtedy nikt nie robił dramy z tego powodu, tylko łapał za narzędzia skrawające i ostrożnie wycinał elementy z gałązek a następnie równie ostrożnie obrabiał wszystkie krawędzie każdego elementu. Dlaczego? Żeby nie uszkodzić sporej ilości szczegółów powierzchni jakie zostały zaznaczone na kadłubie, skrzydłach czy usterzeniu.  Mamy zatem zaznaczone pasy płótna na płatach i usterzeniu, sznurowania na kadłubie, o okuciach czy lukach inspekcyjnych nie wspominając. Ba, mamy także możliwość wyboru jednej z dwóch wersji silnika – British Hispano lub Volseley Viper. Jest zatem zupełnie możliwie wykonanie w oparciu o ten zestaw modelu któregoś z egzemplarzy użytkowanych w Polsce. Czego natomiast nie ma? Wpustów ani kołków ustalających wzajemne położenie poszczególnych elementów. Miejsce sklejenia dolnego płata w kadłub zaznaczono zakreskowanym polem, ale już kąt pod jakim płat należy wkleić, musimy ustalić sobie sami w oparciu o zgromadzoną przed budową dokumentacją. Kiedyś zresztą gromadzenie dokumentacji w postaci kserokopii planów, zdjęć czy fragmentów publikacji było czymś zupełnie normalnym. Szczęściarzem był ten kto posiadał oryginały, często przywożone z za granicy. Teraz z powodu braku kołków byłaby awantura w Internecie, ale czego oczekiwać od… kołków? 

W torebce z częściami znajduje się także takie tajemnicze znalezisko widoczne na zdjęciu powyżej. Cóż to takiego jest? Otóż polistyrenowe profile do wykonania wszelkiego rodzaju wsporników czy zastrzałów. Ale tak samemu? Coś trzeba dorobić? No tak. A co w tym dziwnego? Po prostu profil trzeba najpierw rozprostować, a następnie dociąć według szablonów zawartych w instrukcji i wkleić w odpowiednie miejsca modelu. Producent przewidział natomiast sytuację, że coś może pójść nie tak i dał dość spory zapas. Nic tak nie cieszyło w tamtych czasach, jak pęczniejący magazyn części zapasowych, które można wykorzystać przy innych modelach. 

 Drobne detale, których nie można było wykonać w technologii niskociśnieniowego wtrysku wykonywano w postaci odlewów z „białego metalu”. Z tego co wiem to stop cyny, ołowiu i antymonu. Stop nie tak miękki jak cyna lub ołów, ale detale odlewane przy jego użyciu były dość szczegółowe ale później dość łatwe w obróbce. Wymagały jednak delikatnego i uważnego obchodzenia się z nimi przy odcinaniu wlewów technologicznych lub usuwaniu nadlewek. Te ostatnie były standardem i jakoś nikt nie marudził. W przypadku modelu SE5a w tej technologii wykonano wyposażenie kokpitu, uzbrojenie oraz rury wydechowe. Do tych ostatnich mamy także delikatne metalowe obejmy do zamocowania na kadłubie. Te ostanie widoczne są na zdjęciu z prawej strony. W zestawie nie ma natomiast części przezroczystych. Po prostu producent wyszedł ze słusznego zresztą założenia, że większość modelarzy ma w domu kawałek przezroczystej pleksi lub grubszej folii z której można wykonać np. wiatrochron. Kiedyś po prostu liczyła się kreatywność.

Mamy za to kalkomanie. Dość spory arkusz, widać, że wycięty z większego kawałka, zresztą tak się robi i dzisiaj. Standard normalny dla tego typu produkcji, dość cienka, ale widoczna błona, prawidłowa kolorystyka i brak błędów drukarskich czy wad produkcyjnych. Ciekaw jestem jak te kalki sprawdzały się w praktyce, ale widziałem trochę sklejonych modeli Blue Maxa i dawało to radę. Mamy dwie opcje malowania. Każda z nich szczegółowo opisana w instrukcji.

Ma ona postać ulotki formatu A4 złożonej na pół, ale dwie funkcję. Nie tylko poprowadzi nas przez kolejne etapy budowy miniatury ale także jest certyfikatem autentyczności. Informuje nas o tym treść pierwszej strony, jest podany nakład zestawu – 1500 sztuk, a także numer konkretnego egzemplarza w postaci odcisku datownika. Mój ma numer 0974. Autentyczność jest potwierdzona przez faksymile Prezesa firmy, Christophera J.B. Gannona. Zawartość instrukcji to schemat montażu modelu z uwzględnieniem podwersji trzeba zwrócić uwagę, że nie ma numeracji części, szablony do wykonania zastrzałów i bardzo dużo informacji opisowych dotyczących nie tylko klejenia (jak postępować z elementami z „białego metalu”, ale także kolorystyki czy sposobu nakładania kalkomanii. Jak przysłowiowy „chłop krowie na rowie” w kilku miejscach znajdują się wskazania, że warto skorzystać z dokumentacji, nawet wskazane jest źródło – Windsock Datafile, do chwili obecnej uważane za jedne z najlepszych monografii samolotów w okresu Wielkiej Wojny. Kolorystyka jest podana według Federal Standard i Methuen, ale także Xtracolor. Do wyboru mamy dwie wersje malowania:
- SE5a (B4863), kpt. James B. Mc Cudden, 56 Dywizjon RFC, sierpień 1917 r.
- SE5a (D6851), por. Elliot White Springs, 86 Dywizjon RFC, St. Omer, czerwiec 1918 r.
Schematy malowania, a właściwie nałożenia kalkomanii mają postać czarno – białych zdjęć modeli zapewne testowych, a także sporych notatek wewnątrz instrukcji, o czym już była mowa. Przed rozpoczęciem budowy, nie ma wyjścia, tę ulotkę trzeba bardzo dokładnie przestudiować, najlepiej kilka razy, porównując z zawartością zestawu oraz dokumentacją. Kiepsko widzę tych, dla których instrukcje Arma Hobby Lub IBG Models są nieczytelne. Oj kiepsko, może niech lepiej dalej nawalają w klawiatury swych komputerów, biedne te rendery 3D.


Model: Sopwith Camel
Nr kat.: (-),  numer egzemplarza: 1404
Skala: 1:48
Producent: Blue Max
Tworzywo: model wtryskowy, odlewy z „białego metalu”, profile
Malowanie: 2 x Wielka Brytania 

To także ikona I Wojny Światowej, więc dziwne by było, gdyby zabrakło go w ofercie Blue Maxa. Ukazał się on wcześniej, niż opisany powyżej RAF SE5a, bo w 1997 r. Sposób wydania jest identyczny – niewielkie pudełko z wysmakowaną szatą graficzną i pięknym dynamicznym boxartem. Na odwrocie historia Camela. Pewne różnice natomiast są w środku. Mamy części w dwóch kolorach. Ma Matchboxa się zapatrzyli?

No nie do końca. Fakt, faktem tworzywo użyte do produkcji ma dwa kolory – biały oraz szary. Jest to jednak celowy zabieg.  Mamy bowiem dwa warianty kadłuba oraz górnego płata, czyli możemy wykonać naszą miniaturę w dwóch wersjach, F1 oraz 2F1. W przypadku wyboru pierwszej z nich użyjemy części w kolorze białym, w przypadku wyboru drugiej, w kolorze szarym. Metodą niskociśnieniowego wtrysku wykonano jedynie podstawowe elementy modelu. Detale to odlewy z „białego metalu”. 

Podobnie jak w przypadku SE5a wykonane z polistyrenu podzespoły Camela sprawiają wrażenie straszliwego mydła, ale nic bardziej mylnego. Jak widać na zdjęciach model jest bardzo ładnie, jak na tamte czasy detalowany i można z niego wykonać miniaturę tylko niewiele odbiegającą od modeli produkowanych obecnie. Oczywiście do tego potrzebna jest kreatywność modelarza, ale jak już kilkakrotnie wspominałem, w latach 90-tych zeszłego stulecia był to standard. Może  to dziwne, ale wszyscy tak robili. Wsporniki oczywiście wystrugać musimy sobie sami z kawałka profilu dołączonego do zestawu. Podobnie wiatrochron musimy wykonać we własnym zakresie z kawałka pleksi, którą według założeń producenta posiadamy w domu. Jeżeli natomiast konieczność zdobycia kawałka rzeczonego pleksi przerasta czyjeś możliwości, raczej nie powinien brać na warsztat tego lub podobnych zestawów.

Dużo się też dzieje w torebce z odlewami z „białego metalu” ponieważ poza detalami kabiny, uzbrojeniem i kilkoma drobnymi detalami w ten sposób wykonano bardzo ładną makietę silnika wraz z osłoną. Jest to jednak silnik Clerget, najbardziej popularny stosowany w Camelach. Jeśli więc chcemy w oparciu o ten zestaw zbudować miniaturę polskiego Camela, musimy go zastąpić makietą silnika Bentley, na szczęście jest ona bez problemu dostępna.

Kalkomania jest wyprodukowana w identyczny sposób jak w przypadku SE5a. Sprawia nawet nieco lepsze wrażenie, bo błona nie jest aż tak widoczna. Podobnie jak w przypadku SE5a producent nie ułatwia nam zadania, bo trójkolorowy pas na sterze kierunku ma kształt prostokątny a nie steru i trzeba go będzie docinać. Ja zazwyczaj robię to ostrą żyletką, po nałożeniu kalek na model i ich dokładnym wyschnięciu. Nie wiem jak takie kalkomanie się układają i jak reagują na chemię. Raczej się nie dowiem, bo nie mam na chwilę obecną nakładać nigdzie tych kalek. 

Instrukcja jest niemal identyczna jak w SE5a. Z przodu certyfikat w wszystkimi szykanami. Numer mojego egzemplarza to 1404. Przeważa jednak część opisowa, co może być pewnym utrudnieniem dla posługujących się głównie językiem obrazkowym. Może dlatego nie używam Tiktoka, czy jak to się tam ustrojstwo zwie. Z opisów zawartych w instrukcji dowiemy się natomiast jakie wymiary powinny mieć wszystkie zastrzały i wsporniki. Są także podane inne wymiary dotyczące poprawnego mocowania silnika, dolnego płata i kilku innych rzeczy. Zatem lektura obowiązkowa i to ze zrozumieniem. Z opisów zawartych w instrukcji dowiemy się także jak nasz  model należy pomalować i co ciekawe zwaloryzować i to we własnym zakresie. Oczywiście sporo miejsca poświęcono także obu samolotom, których warianty malowania mamy do dyspozycji:
- Sopwith F1 Camel, nr B7270, ktp. Roy Brown, Eskadra „A” 209 Dywizjonu RAF, kwiecień 1918 r.
- Sopwith 2F1 Camel, nr N6602, okręt lotniczy HMS Furious, kwiecień 1918 r.
Malowania ciekawe i co ważne, dobrze udokumentowane.
Tak zatem kiedyś wyglądały topowe modele samolotów z okresu Wielkiej Wojny. Modele wymagające, ale w tamtych czasach modelarze więcej wymagali nie tyle od producentów, ale od siebie. Wtedy człowiek brał na warsztat, to co mu wpadło akurat w łapy i jeżeli trzeba było coś dorobić, albo przerobić, to po prostu to dorabiał lub przerabiał. Pamiętać trzeba także o tym, że modeli było mniej, bo ich mniej projektowano i produkowano, więc każdy z którego dało się coś wycisnąć po prostu cieszył. Nie było takiej ilości chemii modelarskiej i farb, zaś aerograf i kompresor był luksusem dla wybranych. Nie przeszkadzało to jednak wcale temu, że powstawały wtedy wspaniałe modele, także z zestawów Blue Maxa. Co więcej, przygotowując się na napisania tego materiału przewertowałem dość sporo witryn modelarskich w poszukiwaniu jakiś informacji na temat tego producenta. Znalazłem dość sporo galerii modeli wykonanych w oparciu o zestawy Blue Maxa. Naoglądałem się pięknie wykonanych modeli, jak chociażby polski Camel wykonany przez Artura Gołębiewskiego, zaś zaprezentowany w znanym serwisie modelarskim Hyper Scale online:

https://www.aircraftresourcecenter.com/Gal5/4101-4200/gal4153-Sopwith-Golebiewski/06.jpg
Model samolotu Sopwith 1F1 Camel wykonany z zestawu firmy Blue Max przez Artura Gołębiwskiego (źródło Hyper Scale)

Jak widać można. Trzeba tylko chcieć. Jak mawiał mój Kolega „Nie ma złych modeli, są tylko kiepscy modelarze”. Mam nadzieję, że tym tekstem, może chwilami szyderczym, prześmiewczym i zaczepnym otworzyłem niektórym ludziom oczy, że modelarstwo nie polega na bezmyślnym odtworzeniu, tego co zaprojektował producent. Poza tym producenci i projektanci są tylko ludźmi, a błędów nie popełnia tylko ten, kto nic nie robi. Warto się nad tym zastanowić biorąc do ręki nowe modele Army czy IBG. Poza tym modelarstwo to sztuka kreatywności, rozwiązywania problemów technologicznych, wymyślania własnych patentów, technik i w końcu sposobów na pokonanie problemów. Nawet jeżeli producent nie ogarnie wszystkiego, to dlatego modelarz powinien mieć wiedzę, umiejętności i narzędzia, żeby zrobić model, który będzie odpowiadał jego wymaganiom i ambicjom. Sam osobiście przyłapałem się na tym, że oglądając oba opisane powyżej zestawy, od razu pojawiały się pomysły, typu tu wkleję fotel z Edka, tam dołożę jakiś drucik lub rurkę i temu podobne. Dotyczyło to modeli, które kupiłem do zbiorów, nie zamierzając brać ich na warsztat. Se5a mam sklejony, Camela mam także i to tego najnowszego Eduarda i ten zagości na moim warsztacie. Gdyby jednak ich nie było, z pieśnią na ustach kleiłbym weteranów z Blue Maxa z wszelkimi możliwymi waloryzacjami przeróbkami wykonanymi głównie metodami chałupniczymi. Właśnie to mi sprawia największą frajdę. Po prostu tak mam.  

 

Marcin "Marwaw" Wawrzynkowski

 

 

Partnerzy

               

Kluby modelarskie

 

 
       
                 
                 

 

DMC Firewall is a Joomla Security extension!